Jakub Karamara

Mojego „copywritingowania” krótka historia

Moja przygoda z pisaniem nie zaczyna się klasycznie, od piątek za wypracowania szkolne. Nauczycielki, przynajmniej większość z nich, nie doceniały mojego młodzieńczego pióra. Bo wypracowania zbyt abstrakcyjne, bo za długie, bo źle się kończą. Nieogarnięte baby bez polotu, dziś nie zatrudniłbym ich nawet do przeredagowywania tekstów.

Dlaczego tak brzydko mówię? Wyrażam swoje zdanie. Mówię (piszę?) co myślę, w państwie, w którym (jeszcze) nie ma cenzury i jest wolność słowa. Przede wszystkim jednak ośmielam się o tym pisać, ponieważ uważam, że jestem dobry. Możesz pomyśleć „nadęty dupek”. Ja też nie lubię takich pyszałkowatych typków. Ale w ten sposób chcę tylko pokazać, że bardzo wierzę w siebie i swoich umiejętności jestem pewien.

Nie mam ekstremalnie bombowego portfolio, które rozłoży na łopatki największych speców od HR. Nie pisałem dla „Pani domu” ani „Playboya”. Ale czasami mnie doceniają. Docenił mnie chociażby teatr Michała Żebrowskiego, wybierając na jednego z finalistów konkursu na „Oficjalnego redaktora blogowego, Teatru 6 Piętro”.

Trochę popisałem dla jednego z wydawnictw, współpracującego z bardzo dużymi markami typu Newsweek, Onet czy money.pl. Do tego dochodzi wiele zleceń zrealizowanych jako wolny strzelec, dla najróżniejszych klientów.

Najlepiej czuję się w luźnych formach tekstowych, uwielbiam felietony. Z wielką chęcią napiszę wiersz czy tekst piosenki. Na pewno świetnie odnajdę się we wszelkiego rodzaju relacjach i recenzjach z wydarzeń sportowych, w szczególności piłki nożnej i skoków narciarskich. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w copywritingu nie zawsze jest to, co się lubi i wychodzę z założenia: „nie lubię, to polubię” . Najbardziej interesuje mnie oczywiście regularna współpraca z portalem lub czasopismem, ale równie chętnie podejmę się pojedynczych zleceń.

Na zakończenie jeszcze krótki fragment mojego autorstwa, o jakże ważnej w pracy copywritera, inspiracji.

Co mnie inspiruje?

 

To nie będzie odpowiedź z cyklu: „piękno zachodzącego słońca”, „powiew halnego na Giewoncie” czy „seksowna sąsiadka z naprzeciwka”. Nie. Nie, nie, nie. To nudne. Śmiertelnie nudne. Fakt faktem, miło jest popatrzeć na naturę, tym bardziej, że jest jej coraz mniej, nie wyobrażam sobie jednak, w jaki sposób mogłaby kogokolwiek zainspirować. Już widzę Billa Gates’a, który zainspirowany urokiem kaczek pływających po jeziorze Washington’a, wpada na pomysł stworzenia Microsoft’u. Z pewnością tak było.

To co rzeczywiście jest inspirujące, to ludzka głupota. Wszystko się na niej opiera, a i wszystko (już jako produkt) jest w nią skierowane. Świat, w którym nie byłoby ludzkiej głupoty, to świat nudny, pusty i przewidywalny. Świat, w którym świetnie odnalazłby się Krzysztof Kononowicz- bo nie byłoby w nim niczego.

Jako że, we współczesnej rzeczywistości, niewątpliwie dużą rolę odgrywa pieniądz, skupię się na takim rodzaju inspiracji, który bezpośrednio związany jest z biznesem. Na głupocie można zarobić. Bardzo dobrze zarobić. Ostatnio przeglądałem stronę pewnego copywritera. Strona porządna, profesjonalna. W oczy od razu uderzała ilość i renoma firm, z którymi współpracował. Mnie jednak ujęło zupełnie co innego. Człowiek ten, w górnej, widocznej części strony umieści hasło- „nie reklamuję się- działam z polecenia”. Wszystko brzmi super i pewnie tak właśnie jest. A to, że na jego stronę trafiłem dlatego, iż jest na jednym z pierwszych miejsc w wyszukiwarce na frazę związaną z copywritingiem, to po prostu czysty przypadek.

Po tym wszystkim doznałem olśnienia. Teraz, kiedy będę szukał pracy, napiszę w CV: „jestem najlepszy, nie szukajcie już nikogo innego” i to prawdopodobnie sprawi, że tę pracę dostanę. Tak to działa. I nie tylko w biznesie! Kicz, którego jest coraz więcej, to trochę taka sztuka dla głupich. Sztuka, która wcale nie musi być sztuką, aby dla pewnej grupy ludzi być. Sztuka zainspirowana przez… wiadomo co. I też przez to, tak żenująca.

Jeszcze jeden przykład, taki z życia codziennego. Idę sobie, tak po prostu, spaceruję, obserwuję ludzi. Czasem przystanę i wsłucham się w jakąś rozmowę. Są nastolatki, które opowiadają o tym, co robią na imprezach. Są młodzieńcy, których (oczywiście naturalnie zrobione) mięśnie ścisnęły mózg tak bardzo, że nie są w stanie się wysłowić. Są też dzieci, które nie rozmawiają, bo rozmawia to się na Facebook’u. I wtedy wracam do domu i mam ochotę zrobić coś wartościowego. Zapisać się na kurs języka obcego albo chociaż przeczytać coś, dzięki czemu będę bogatszy, i dzięki czemu inny spacerowicz nie zaszufladkuje mnie do żadnej z grup. Nie chcę być taki, dlatego słucham i obserwuję.

Inspiruje mnie też wiele innych rzeczy, ale właśnie ludzka głupota jest warta opisania. Działa najmocniej. A poza tym, jaka inspiracja jest lepsza niż ta, która nie zna granic?